Wredne igraszki


Wydawnictwo: Rebis
Autor: Sally Thorne
Tytuł oryginalny: The Hating Game
Data wydania: 5 czerwc 2018
Liczba stron: 480

„Lucy Hutton i Joshua Templeman nienawidzą się wzajem. Nie to, że się nie lubią. Nie, że się niechętnie tolerują.
Oni się naprawdę nienawidzą. I nie mają żadnych oporów z okazywaniem
swoich uczuć w ramach nawet najprostszych czynności, kiedy tak siedzą naprzeciwko siebie, każde przy swoim biurku w siedzibie wydawnictwa, w którym każde z nich jest asystentem swojego prezesa. Lucy nie
potrafi zrozumieć ponurego, sztywnego, pedantycznego podejścia, z jakim
Josh traktuje swoją pracę. Z kolei Josh jest wiecznie skonsternowany zbyt
kolorowymi strojami Lucy, jej bałaganiarstwem i dziwacznymi przyzwyczajeniami.
Otwiera się nowe stanowisko, ale zdobyć je może tylko jedno z nich
i tym razem oboje wytaczają przeciwko sobie najcięższe działa, bo żadne
z nich nie ma ochoty ustąpić: zdobycie nowej posady to nie tylko awans, ale
także okazja do upokorzenia rywala.
Napięcie osiąga punkt wrzenia i Lucy znienacka odkrywa, że być może wcale
nie nienawidzi Josha. I on też nie jest wcale taki pewien swoich uczuć.
A może to jest tylko kolejna gierka…”

   O „Wredne Igraszki” dowiedziałam się za sprawą ludzi z Instagrama i teraz jestem im ogromnie wdzięczna. Ta książka idealnie wstrzeliła się w mój czytelniczy gust do takiego stopnia, że z pewnością sięgnę po nią jeszcze nieraz.

   Sally Thorne ma warsztat na poziomie. Posługuje się lekkim i przystępnym piórem, które dosłownie mnie oczarowało. Ogól jest spójny i dopracowany. Nie zauważyłam żadnych błędów logicznych. Sylwetki bohaterów zostały dobrze nakreślone. Sprawiają wrażenie wiarygodnych i pełnokrwistych, wzbudzają sympatię, nie są typowo papierowi. Uroczo było się przyglądać ich kwitnącej relacji. Między nimi wyraźnie wyczuwało się chemię, iskry aż się sypały. Był taki jeden drobiazg, który wzbudzał moją irytację. Autorka nie omieszkała, praktycznie na każdym kroku, wspomnieć o drobnej budowie ciała Lucy. Wciągnęłam się w nią niemalże od razu i nie było możliwości, żebym się od niej  oderwała chociaż na chwilkę. Bohaterowie naprawdę uzależniają, a myśli „co dalej” nie dają spokoju. Pochłaniałam strony jednocześnie z żalem i przyjemnością. Byłam zmartwiona myślą, że już niedługo będę musiała się pożegnać z Lucy i Joshua, ale nie dałam rady rozciągać sobie lektury. Koniec nadszedł zdecydowanie zbyt szybko! Mogłabym czytać o ich losach non stop i po cichu liczę na jakiś kolejny tom, który opowiadałby ich dalszą historię i zaspokoił mój niedosyt.
   Chcę więcej!

Serdecznie dziękuję za egzemplarz Wydawnictwo Rebis.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

ZAPOWIEDŹ: Unf*uck Yourself. Napraw się

Nora

Jutro należy do kotów